Wywiad z Martą Pająk, absolwentką filologii angielskiej, nauczycielką i tłumaczką

Czy warto studiować anglistykę? Jakie mamy po niej możliwości?

Zapraszamy na cykl wywiadów Anglistyka: co dalej? Porozmawiamy z absolwentami tego kierunku, by zobaczyć, jak potoczyły się ich losy po studiach.

Dzisiaj naszym gościem jest Marta Pająk, nauczycielka szkolna i akademicka, tłumaczka Białych Trufli N.H.Kelby wydawnictwa Znak.

Dlaczego zdecydowałaś się studiować anglistykę?

– Było kilka czynników, ale przede wszystkim zawsze podobało mi się brzmienie języka angielskiego i bardzo lubiłam się go uczyć. Myślę, że jest to zasługa tego, że trafiłam na dobrych nauczycieli,  dzięki którym czerpałam radość z uczenia się. A potem chciałam poznać bardziej kulturę i literaturę.

 

Czy kiedykolwiek żałowałaś swojego wyboru?

– Nie żałowałam, jednak mimo przeczytania wielu informatorów i tak np. pierwsze zajęcia z literatury i Beowulf powodują, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy na pewno jest tam, gdzie powinien być. Więc były trudniejsze momenty, kiedy materiał z którym przyszło się zmierzyć był naprawdę wymagający. Tak więc nigdy nie żałowałam, ale niektórych rzeczy się nie spodziewałam.

 

Co Cię zaskoczyło? Stopień trudności?

– Nie wiem, czy tak bym to nazwała. Ale przed studiami nie wpadłabym na to, że istnieją drzewka syntaktyczne i że będę się czymś takim zajmowała na studiach. Miałam świadomość, że dobrze jest o nich wiedzieć, jednak jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że jeśli nie pójdę na studia doktoranckie, nigdy już z tej wiedzy nie skorzystam. Była więc to przyjemność czysto poznawcza. Jeśli ludzie myślą, że studia mają być tylko praktyczne, to mogą się mocno dziwić.

 

Jak wspominasz lata studenckie?

– Bardzo dobrze. Myślę, że studia to czas na zawiązywanie głębszych relacji niż w liceum. Może przez to że jest się w grupie osób, które są zafascynowane tym samym, w końcu wybrały te same studia. Był to czas rozwoju, a studenckie wakacje dawały dużo możliwości. Dwa razy udało mi się wyjechać na kurs językowy do Włoch, co bardzo dobrze wspominam. Zajęcia w większości były ciekawe, a jeśli nawet nie były ciekawe, to były godne zapamiętania z innych względów np. osobowość wykładowcy.

 

Jak to się stało, że zostałaś nauczycielką a nie tłumaczką? Większość osób myśli, że po skończeniu anglistyki należy zostać tłumaczem, by móc zarabiać miliony.

– Faktycznie istnieje takie przekonanie. Na pewno moment wyboru specjalizacji jest ważny i dosyć trudny. Tak się utarło, że albo idziesz na specjalizację tłumaczeniową z perspektywą większego zarobku czy też bardziej świetlanej kariery, albo wybierasz specjalizację nauczycielską i wtedy wiadomo, że będzie trochę trudniej. Dlaczego zostałam nauczycielem? Może to geny (śmiech), ponieważ pochodzę z nauczycielskiej rodziny, choć nikt nigdy nie wywierał nacisków, że mam pójść w ślady rodziców. Pamiętam, że często w szkole koleżanki i koledzy prosili mnie, bym im coś wytłumaczyła i byli całkiem zadowoleni z efektów, a mnie sprawiało to radość. W którymś momencie pomyślałam, że może to jest dobry pomysł na życie, żeby zawodowo tłumaczyć innym kwestie językowe. Nie miałam nigdy żadnych negatywnych doświadczeń w szkole, może to też wpłynęło na mój wybór.

 

Mimo tego, że wybrałaś specjalizację nauczycielką, to jednak udało Ci się przetłumaczyć książkę.

– Choć byłam zadowolona z pracy nauczyciela, zawsze miałam ciągotki literackie i dlatego postanowiłam zrobić studia podyplomowe. Przede wszystkim chciałam zaspokoić swoje pragnienie tłumaczenia. Chciałam mieć również drugą specjalizację więc poszłam na studia przygotowujące do tłumaczenia literatury pięknej. Bardzo się cieszę z tej decyzji, gdyż dzięki temu dostałam propozycję przetłumaczenia książki „Białe trufle.” Jest to książka bardzo rozwijająca nie tylko jeśli chodzi o tłumaczenie, ale i wiedzę o świecie. Musiałam się trochę kulinarnie podszkolić. To bardzo ciekawie napisana powieść, urzekająca pięknem języka. Było to dla mnie prawdziwe wyzwanie ale tym większa radość z tłumaczenia. A potem jeszcze większa radość kiedy okazało się, że fragmenty tej książki w moim tłumaczeniu były czytane na antenie Radiowej Jedynki.

 

Teraz chciałabym porozmawiać trochę o pracy nauczycielskiej, a właściwie jej różnych obliczach, gdyż pracowałaś w szkole językowej, na uczelni a teraz pracujesz w szkole państwowej. Czym według Ciebie różnią się te trzy instytucje?

– Praca w szkole państwowej jest najbardziej uporządkowana. Jest podstawa programowa, są pewne ramy, jednak od strony biurokratycznej jest też najwięcej dokumentów. Jednak ta praca daje dużą satysfakcję, gdyż towarzyszy się uczniom przez kilka lat, buduje się z nimi relacje i to jest na pewno bardzo cenne. Najmniej bezpiecznym środowiskiem jest szkoła językowa. Bardzo dużo się zmienia, zmieniają się godziny, składy grup, co powoduje więcej stresu. A uczelnia? To jeszcze inna bajka. To tam jest najwięcej współpracy między studentami, a nauczycielem. Wiadomo, że oprócz realizacji podręcznika, przygotowywałam dużo materiałów związanych bezpośrednio z danym kierunkiem studiów, co było dla mnie bardzo rozwijające. Dużo podpowiadali mi studenci. Bardzo sobie cenię to doświadczenie.

 

Uczyłaś też charytatywnie.

– Jeszcze w trakcie studiów uczyłam jako wolontariuszka w szkole z oddziałami integracyjnymi. Wtedy po raz pierwszy pracowałam z uczniem z ADHD. Odczułam ogromną satysfakcję, kiedy chłopak mimo wszystko polubił naukę. Dlatego myślę że wolontariat na studiach jest bardzo cennym doświadczeniem.

 

A jaki jest Twój stosunek do pracy z dorosłymi?

– Jest to na pewno ciekawe doświadczenie, bo bazujemy tutaj na wewnętrznej motywacji uczniów, którą nie zawsze mają. Czasami jest trudno, bo nie widać efektów. Uczniowie oczekują, że sam fakt spotykania się na lekcjach przyniesie efekty, co jedna nie zawsze tak działa.

 

Jak się przygotowujesz do zajęć? Chciałabym wiedzieć, czy masz jakiś system i jakie stosujesz metody.

– To zależy od miejsca i od charakteru zajęć. W szkole ramy czasowe są mocno ograniczone więc  trzeba realizować podręcznik bardzo systematycznie, jednak w zależności od grupy częściej lub rzadziej odchodzę od podręcznika w celu urozmaicenia zajęć. Oglądamy filmy w wersji oryginalnej z napisami po angielsku, gramy w gry językowe np. Taboo, Scrabble. Jakoś udaje nam się przy tym zrealizować program. Jeżeli chodzi o przygotowywanie się do zajęć, to wiadomo, że z upływem lat, kiedy pracujemy przez dłuższy czas z tymi samymi podręcznikami, czasu na przygotowanie nie potrzeba tak dużo jak na początku. Pewne rzeczy mamy już wypracowane i przetrenowane. Staram się jednak moje lekcje dopasować do grupy i w miarę możliwości odpowiedzieć na ich zainteresowania.

 

Jakie cechy powinien mieć nauczyciel szkoły państwowej?

– Trudne pytanie…Ważna jest umiejętność  zaakceptowania pewnych zasad, które nie zawsze nam się podobają. Potrzebna jest też wytrwałość i niezrażanie się tym, że czasami nie widzimy u uczniów wewnętrznej motywacji. Angielski w szkole jest tylko jednym z wielu przedmiotów, które uczniowie muszą realizować, więc nie wszyscy na wejściu są zmotywowani. Dlatego musimy w jakiś sposób zachęcić ich do nauki języka. W szkole państwowej należy zrealizować program i podręcznik dopuszczony przez ministerstwo, który rzadko jest w stu procentach idealny. W ramach tego programu muszę znaleźć czas na wprowadzenie materiałów dodatkowych, które zaciekawiłyby uczniów. Dzięki temu mają poczucie, że nie uczą się tylko ”pod maturę” ale tak naprawdę dla siebie.

 

Zmieniłabyś coś w polskiej szkole?

– Szkoły są różne. Nie mogę narzekać na swoją, ponieważ u nas jest system między-klasowy. Mamy ten komfort, że uczymy grupy według poziomów. Natomiast wiem, że wielu nauczycieli w innych szkołach boryka się z tym, że klasy są podzielone na pół i wtedy istnieje ten pokutujący podział na lepszych i gorszych, nawet jeśli nikt nie mówi tego wprost. Uczniowie ze słabszej grupy, którzy mieliby większe możliwości, zaczynają równać w dół. Uważam, że we wszystkich szkołach państwowych powinno się dążyć do tego by tworzyć grupy międzywydziałowe, dostosowane do poziomu.

Zmieniłabym również formułę egzaminu maturalnego ustnego, ponieważ w obecnym kształcie tak naprawdę nawet z bardzo słabą znajomością języka można zaliczyć ten egzamin. Natomiast punkty nie oddają realnych umiejętności. Zmiana tej formuły sprawiłaby też, że uczniowie z większym zaangażowaniem i zapałem ćwiczyliby komunikację, co przecież jest najważniejsze w nauce języka.

Dodaj komentarz