Wywiad z Krystyną Strzebońską-Cichorz

Krystna Strzebońska-Cichorz jest doktorantką na Wydziele Filologii Angielskiej UJ oraz znawczynią języka staroangielskiego. Dzisiaj opowie nam o swojej pasji, studiach doktoranckich a także pracy ze studentami.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z Old English?

Chyba tak jak u każdego nastolatka zainteresowanego Tolkienem. Fascynował mnie już w gimnazjum. A potem, tuż przed studiami, Pani Dyrektor szkoły językowej do której chodziłam, pożyczyła mi pierwszy tom Norton Anthology of English Literature. Dzięki temu odkryłam Beowulf’a. Mimo że na tamtym etapie nie rozumiałam jeszcze połowy słówek, czytałam go zawzięcie przez całe wakacje zachwycona nowym odkryciem.

 

Kiedy Profesor Witalisz przeczytał początkowe wersy Beowulfa na pierwszym wykładzie z literatury, zakochałam się w języku staroangielskim. To był dokładnie ten moment kiedy wiedziałam już, że to będę robić w życiu. Pan Profesor odesłał mnie wtedy do Darii Izdebskiej, ówczesnej szefowej sekcji Old English, a zarazem mojej pierwszej mentorki w tej dziedzinie.

 

Co zdecydowało o tym, że poszłaś na studia doktoranckie?

Chciałam pracować, a zwłaszcza uczyć, na uniwersytecie. Poza tym byłam zakochana w literaturze staroangielskiej. Chciałam też dalej organizować nasze konferencje staroangielskie. Natomiast kluczowym elementem w podejmowaniu decyzji była zachęta ze strony Profesora Witalisza.

 

Jak wygląda procedura przyjęcia na takie studia?

Bardzo dobrze jest mieć jakiegoś promotora już wcześniej na myśli i porozmawiać z nim wstępnie na temat swojego projektu. Moje pierwsze dwa czy trzy projekty Pan Profesor odrzucił od razu, czym byłam początkowo zdruzgotana, bo nie wiedziałam już czego szukać. Jest to jednak ważny proces, który daje dużo do myślenia.

 

Za moich czasów przechodziło się egzamin. Składało się projekt doktoratu, swoje publikacje, CV. To wszystko musiało być zaopiniowane przez opiekuna naukowego. Przychodziło się na rozmowę, gdzie zasiadała komisja Profesorów z całego wydziału.

 

Ten egzamin został jednak zlikwidowany i teraz tylko składa się swoje CV naukowe, kopie publikacji, kopie zaświadczeń z konferencji, wstępny projekt, który później można spokojnie zmieniać. U mnie w trakcie studiów wstępny projekt zmienił się w dziewięćdziesięciu procentach.

 

Na czym polegają te studia? Czy trzeba chodzić na jakieś zajęcia?

Trzeba chodzić na zajęcia i jest to bolączką wszystkich doktorantów, choć przykro to przyznać. Stary program studiów poza paroma wyjątkami, był bardzo nieprzemyślany. Nasze seminaria i zajęcia specjalizacyjne najczęściej polegały na tym, że rok w rok byliśmy proszeni o prezentowanie o czym piszemy naszą pracę. Na początku było to ciekawe, gdyż przyjemnie poznać swoich kolegów i ich zainteresowania badawcze, jednak po trzech latach byliśmy już tym znużeni. Na szczęście czasem zdarzały się zajęcia, które odchodziły od tego schematu i wtedy wszyscy ożywaliśmy, gdyż wreszcie mogliśmy zrobić coś aby się rozwinąć.

Mam ogromną nadzieję, że doktoranci, którzy przejdą przez studia zgodnie z nowym programem studiów będą mieli dużo lepsze doświadczenia. Nadzieję daje to, że zebrała się grupa bardzo kompetentnych i zdeterminowanych osób, które pragną zmienić te studia na lepsze. Część tych zmian właśnie zaczyna wchodzić w życie, i na przykład doktoranci mają teraz do wyboru seminaria tematyczne, na które sami się zapisują. Dzięki temu powinni uniknąć powtarzalności i nudy.

 

Czego dotyczy Twój doktorat?

Zajmuję się dwoma królami: Ethelredem II Bezradnym i Knutem Wielkim. Ci dwa królowie są już co prawda przez historyków zbadani, i mogą wydawać się bardzo oklepanym wyborem, ale ja robię rzecz, której mam nadzieję nikt inny równolegle ze mną nie robi. Badam ich od strony nie historycznej a literackiej od średniowiecza do dziewiętnastego wieku. Czyli nie jacy byli według historyków, tylko jak się zmieniały ich obrazy literackie na przestrzeni dziejów, co mam nadzieję pozwoli mi również na zbadanie tego jak literatura splata się z rzeczywistością historyczną, w której jest tworzona.

 

Ethelred jest bardzo barwnym przypadkiem, gdyż był początkowo oskarżany przez kronikarzy o wszystko co najgorsze. Nasikał do chrzcielnicy, pojawiła się krwawa chmura, wszyscy myśleli, że będzie tragicznym królem, a święty Dunstan przepowiedział przy koronacji, że Ethelred doprowadzi do zagłady wszystkich Anglików. No i rzeczywiście nie było za dobrze, gdyż akurat wtedy Anglię najechali Wikingowie. Król ciągle im płacił, by nie atakowali, a oni i tak wracali po więcej pieniędzy, a w końcu przejęli Anglię.

 

Knut przejął władzę w Anglii w roku 1016. Podczas podboju zostało przelane sporo angielskiej krwi, a jednak Knut jest wspominany jako silny, dobry, mądry władca i opiekun kościoła. Trzeba mu przyznać, że potrafił zadbać o swój dobry wizerunek jako głowy państwa.

 

Jak widzimy są to dwie bardzo kontrastujące ze sobą postacie władów, jednak ich wizerunek w literaturze wielokrotnie ulegał zmianie w zależności od kontekstu historycznego w danej epoce. Raz Ethelred jest przedstawiany jako król nieudacznik a Knut jako wspaniały następca, a czasem znów Ethelreda przedstawia się jako bezbronnego monarchę, a Knuta jako szalonego, łaknącego krwi najeźdźcę z Północy.

 

Wykładasz też na uczelni.

Jako doktorant jest się taką dziwną kreaturą, czymś pomiędzy pracownikiem a studentem. Jesteś i jednym i drugim, a zarazem żadnym z nich. Jednak praca ze studentami to jest jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na doktoracie, a przynajmniej dla mnie. Wiadomo, są momenty kiedy jest się zasypanym pracami domowymi lub egzaminacyjnymi i wtedy już tak kolorowo nie jest, ale uwielbiam samą pracę ze studentami. I dlatego właśnie robię ten doktorat: po prostu chcę tam być i z nimi działać.

 

Bardzo cenię sobie kontakt ze studentami i to, że i ja muszę się wielu rzeczy nauczyć, żeby również ich czegoś nauczyć. Pracując na uczelni człowiek musi się cały czas rozwijać. Nie można sobie pozwolić na chwilę lenistwa. Bardzo lubię też to, że i ja uczę się dużo od studentów. Potrafią czasem zadać takie pytania, że człowiek zachodzi w głowę, jak na nie odpowiedzieć. Wtedy trzeba poszukać, dowiedzieć się i przekazywać wiedzę dalej. I to jest wspaniałe.

 

Jak to jest z tą niewiedzą? Co robisz, gdy ktoś zadaje Ci pytanie, na które nie znasz odpowiedzi?

Jeśli przytrafi mi się to na zajęciach, przyznaję się do niewiedzy i zachęcam do wspólnego szukania odpowiedzi. Czasem udaje się ją znaleźć jeszcze szybko na zajęciach, a czasem mówię studentom, że to będzie nasze zadanie domowe. Sprawdzamy i omawiamy to na kolejnych zajęciach. Nie wiem czy to dobra strategia dydaktyczna, ale zawsze wydawało mi się, że dzięki czemuś takiemu można zaszczepić w studentach dobry nawyk sprawdzania rzeczy, których się nie wie.

 

Natomiast w kontekście doktoratu czy konferencji naukowych, jest taka ciekawa strategia, którą podpowiedział mi kiedyś Michał Choiński, gdy pomagał mi przygotować się do rekrutacji na studia doktoranckie (wśród anglistów jest taka miła tradycja, że ci którzy już są na doktoracie, bądź ten doktorat skończyli, pomagają tym młodszym się do wszystkiego przygotować). Bardzo stresowałam się wtedy tym, że zostanie mi zadane przez komisję pytanie, na które nie będę znała odpowiedzi. Okazuje się, że kluczem jest opanowanie, grzeczność i zainteresowanie tym, co kryje się za pytaniem. Przede wszystkim należy podziękować rozmówcy za to pytanie i pokazać, że jest to rzecz interesująca ale dla nas zupełnie nowa. Być może nasz rozmówca pyta, bo wie coś na ten temat. Może mógłby polecić nam jakiś artykuł. Na konferencjach można się dzięki temu albo bardzo wiele dowiedzieć albo odkryć nowe pola do badań.

 

Byłaś na Erazmusie w Anglii. Czy dostrzegłaś jakieś różnice pomiędzy studiami w Polsce i w Anglii?

Muszę powiedzieć, że są plusy i minusy każdego z systemów. Zajęcia wyglądają zupełnie inaczej, jest ich mniej, ale są dużo bardziej dokładne, więcej też wymaga się od studentów. Trzeba prowadzić badania już od pierwszych lat studiów. Jest więc dużo więcej samodzielnej pracy, jednak z drugiej strony rzeczy które dla nas są oczywiste po podstawówce, gimnazjum i liceum, tam są wprowadzane dopiero na uniwersytecie, co mnie bardzo zdziwiło.

 

Na przykład na zajęciach ze staro-norweskiego, wykładowca musiał wprowadzić studentów w różnice między rzeczownikiem, przymiotnikiem i czasownikiem. Dla nich to już było bardzo ciężkie. A jak się jeszcze dowiedzieli, że muszą się nauczyć odmian w czterech przypadkach to na wszystkich padł blady strach.

 

Jest to jednak system, który dużo bardziej zachęca do samodzielnych badań.

 

Na anglistyce działa również Old English Society. Jaką tam pełnisz rolę?

Jestem jednym z dwóch opiekunów. Prowadzimy teraz spotkania razem z Jagodą Nosal, która jest jedną z moich pierwszych studentek a teraz również moją bardzo dobrą przyjaciółką. Jest to zdecydowanie uczeń, który przerósł mistrza. Teraz wspólnie prowadzimy zajęcia  z języka, literatury i kultury staroangielskiej dla studentów chętnych zgłębiać z nami te tajniki po godzinach.

 

Co skłania te osoby do udziału w Waszych spotkaniach?

Bardzo różne rzeczy. Przychodzą do nas osoby, które wcześniej były zainteresowane Tolkienem, albo osoby które usłyszały jak Profesor Witalisz czyta po staroangielsku, albo też osoby które fascynują się językiem staroangielskim tak zupełnie odmiennym od współczesnego angielskiego.

 

Czego może nas nauczyć studiowanie Old English?

I język i literatura są ogromnie fascynujące. Język może zachwycić odmiennością i wspaniałymi grami znaczeniowymi. Anglo-Sasi mieli na przykład zamiłowanie do kenningów, takich mini zagadek składających się z dwóch słów. Dla nich ‚morze’ to była ‚droga wielorybów’, ‚statki’ były ‚wierzchowcami fal’, ‚król’ był ‚dawcą pierścieni’, a miecz mógł być ‚światłem bitwy’. Dzięki zagłębieniu się w tę kulturę zyskujemy wgląd w zupełnie inną mentalność, co daje nam możliwość spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy. Wiadomo, Beowulf łatwo zachwyci miłośników eposów, potworów czy fantastyki. Ale kto z nas pomyślałby dziś o przedstawieniu ukrzyżowania Chrystusa z perspektywy samego Krzyża, dzielnie służącego Jezusowi-herosowi?Możemy o tym przeczytać w Dream of the Rood. Natomiast wersy Wędrowca zabiorą nas w krainę przeszywającą chłodem zimy, co stanie się tłem refleksji na temat przemijalności świata doczesnego. Exeter Book rozbawi nas licznymi zagadkami, zarówno tymi z nieco rubasznym poczuciem humoru jak i wielce religijnymi. Jest to świat kryjący wiele ciekawych skarbów a zarazem skłaniający do refleksji.